Archiwum kategorii ‘myśli zebrane’
wspomnienie wakacji

Hospital w wielkim mieście
od jakiegoś czasu cotygodniowo odwiedzam jeden z wrocławskich szpitali, niewątpliwie ciekawe to miejsce, ale jeszcze ciekawsi to ludzie, jako że obligatoryjnie muszę stawiać się na szczepienia, cotygodniowo spotykam innych lekarzy i cotygodniowo dostaję innych objawów od opuchlizny przez drętwienie, ciekawa sprawa ogólnie, szczególnie kiedy wpadasz do lekarza i wita Cię pielęgniarka “Witam, kto pana tak pobił”, kiedy tłumaczysz, że to alergia odczekujesz w kolejce i jesteś w połowie drogi, później drze na Ciebie ryja pani z ADHD i pyta, “a co właściwie panu jest?”, wymownie pokazuję na twarz, a ona że tak normalnie wyglądam i nic mi nie jest, warto przy tym zaznaczyć, że ledwo ją widzę bo nie mogę otworzyć oczu, ze względu na fakt opuchlizny o jaki już pytała wcześniej pielęgniarka, ale nie o tym cała ta opowieść ale o ludziach z poczekalni, oni tworzą ten szpital, opowieści o lekarzach, kto ile razy miał zawał, że dojeżdża z Opola, a jego kuzyn złamał nos w trzech miejscach, są jeszcze awanturnicy, czepialscy, zabiegani, anemicy, znerwicowani, ogólnie to wszystko co tylko matka natura jest w stanie wyprodukować, skrzyżować, wymieszać … swoisty mikroklimat

wesołomiasteczkowo
98-letni staruszek przychodzi do lekarza na badania kontrolne. Lekarz pyta
go o samopoczucie, na co staruszek odpowiada:
- Nigdy nie czułem się lepiej. Mam 18-letnią narzeczoną. Jest w ciąży i
wkrótce będziemy mieć syna…
Doktor myśli chwilę i mówi:
- Niech pan pozwoli, że opowiem panu pewną historię:
Pewien myśliwy, który nigdy nie zapominał o sezonie myśliwskim, wyszedł raz
z domu w takim pośpiechu, że zamiast strzelby wziął ze sobą parasol. Kiedy
znalazł się w lesie, z krzaków wyszedł ogromny niedźwiedź. Myśliwy wyciągnął
parasol, wycelował w niedźwiedzia i wypalił. I wie pan co stało się potem?
- Nie – odpowiada staruszek.
- Niedźwiedź padł martwy jak kłoda.
- Niemożliwe! – wykrzyknął staruszek. – Ktoś inny musiał wystrzelić!
- I do tego punktu właśnie zmierzałem…

Ogłoszenie studenta AGH wirtualnej bazie ogłoszeń:
Kawałek raju: plaża, laski w bikini itd. 20.02.2009
Jajaja, xxx@o2.pl, tel: 000-00-00
Pokój w mieszkaniu post-studenckim, okolice Zwierzynieckiej
A więc…
Poszukuję czegoś, kogoś na wzór współlokatora – na coś w stylu… bo ja wiem – mieszkania studenckiego. Ja formalnie powinienem być już co najmniej profesorem, doktorem albo innym wampirem, ale użeram się jeszcze tym poprzednim etapem całej zabawy. Dlatego “post-studenckie”.
Mieszkanie składa się z dwóch pokojów – większego z aneksem kuchennym, wyjściem na świat (zwanego też gdzieniegdzie “polem”, patrz “na pole”) i portalem do łazienki – oraz mniejszego. Mniejszego, ale tylko jak na warunki pałacowe – jest to i tak niezłe bydle i spokojnie możnaby tam zmieścić ze 100 osób (80 Amerykanów).
Całość znajduje się w ekskluzywnej kamienicy w centrum miasta, czyt. okolice owianego mgła PRL-owskiej legendy Domu Handlowego Jubilat. Więc jest gdzie zaopatrzyć się w wodę, papu i papier toaletowy. Kamienica znakomicie maskuje swój wykwintny status udając starą ruinę pełna bumelantów. Co prawda ostatnio kilku z nich odleciało do ciepłych krajów (ach, opieka społeczna, czy jak to się zwie), ale przynajmniej dwóch egzystuje sobie w okolicy. To naprawdę poczciwe i niegroźne osoby (szczepione), fani starożytnej muzyki wychwalającej taki tryb życia, której nurt uwidacznia się silnie w twórczości np. kapeli zwanej Dżem – będą w siódmym niebie.
Lokum zaopatrzone jest w wodę. Bieżącą, ale krakowską – więc ja do ust nigdy bym jej nie wziął. Mamy prąd, czasami kopie, ale da się znieść. Jest też Internet. Z kolei bliskie sąsiedztwo Wisły gwarantuje różne bryzy – ergo – w miarę świeże powietrze (jak na plugawy Kraków). W łazience jest pralka, niestety dorosły może mieć problemy ze zmieszczeniem sie w bębnie, “kabina” prysznicowa, a nawet taka muszla, na której się siedzi i z człowieka wychodzą różne złe rzeczy.
Ogólnie jest, jakby to napisał poeta, “nieźle odwalone”. Sufit jest wysoko, sprzyja to myśleniu i ciężko na niego napluć. Ściany są otynkowane i pomalowane – nie posiadam niestety stworzonego do odróżniania kolorów mózgu kobiety, więc dla mnie wyglądają ok, nawet w dotyku są “wporzo”.
Haracz, który płacimy właścicielom kamienicy – złowieszczej korporacji w której znikają ludzie i która planuje opanować świat (“pole”)- prezentuje się następująco: czynsz 450 zł + opłaty. Możliwe, że ten zmaleje do 425 zł przez pierwsze sześć miesięcy roku bieżącego (jeśli tylko nasz Administrator wejdzie pewnej, głaszczącej kota, osobie odpowiednio głęboko w miejsce, gdzie plecy tracą to i owo). Opłaty to 60 zł daniny na Internet (pozwala na skuteczne mordowanie ludzi w grach sieciowych, więc jest ok) – daninę tę dzielimy na cztery, co zaokrągla się do 15 PLN. Do tego w zimie czasami grzeję, by zupa nie zamarzła, a także nałogowo używam prądu. Z 50 złociszy miesięcznie trzeba w najbardziej krytycznych miesiącach z kieszeni wysupłać.
Wychodzą więc kwoty relatywnie: niemałe, albo groszowe – jeśli spojrzeć przez pryzmat wszystkich mieszkaniowych atrakcji.
W obliczu czego – ucieszyłbym się niezmiernie z osoby potrafiącej pozyskiwać już mamonę. Czasami trza tu w coś zainwestować (np. w srajtaśmę) i byłoby mi miło w sposób niewysłowiony, gdyby ten wydatek złączył nas i tylko wzmocnił naszą przyjaźń.
Sam jestem osobą odrobinę ekscentryczną. Pracuję w sposob nienormowany, brnę w te dzienne studia – na mieszkaniu bywam więc nieregularnie, jednak w praktyce – mimo wszystko często.
Przede wszystkim nie chciałbym zamieszkać z idiotą i niemową. Stukroć bardziej wolę, a masochistą nie jestem, usłyszeć słowo-klucz “k***a”, zostać uderzonym w gębę i wysłuchać bolesny monolog dotyczacy kontrowersyjnego tematu (np. “czemu nie zamykasz drzwi jak wychodzisz!”) – niż użerać się z kimś skrywającym swoje mroczne myśli w najdalszych czeluściach umysłu. Miło byłoby też, gdyby trafił się ktoś nie będący nudziarzem. Zabawy z bronią, pirotechniką, sportami ekstremalnymi, skłonność do podróży, poszukiwań świętych Graali, zginania łyżeczek, wysyłania pieniędzy Ojcowi z Torunia, wyciągania ludzi z Matriksu, bycie osobą, o której małe, zielone karły mówią “Moc jest w nim silna” – właściwości to bardzo w tych ścianach cenione.
Siłą rzeczy będziemy na siebie wpadać, więc zależy mi, by były to chwile przepełnione “dobrą karmą”. Nie mam absolutnie żadnych preferencji co płci, koloru skóry, wyznania i jak tam jeszcze się ludzików szufladkuje. Możesz zabijać koziołki, sypiać z Madonną, kroić psychopatów na plasterki, te pakować do foliowych worków, wypływać swoją łodzią na ocean i wyrzucać – póki nie śmierdzi i jest posprzątane – cacy.
Jeśli byłoby coś, czego niestety nie przepuszczę przez mój system kontroli jakości – będzie to bycie tzw. gejem. Niestety – chodzi tylko o mój komfort psychiczny. Takie tam zboczenie – proszę o tolerancje dla niego.
Omawiane cudo będzie do wzięcia od końca lutego, jak tylko “mój były” teleportuje stąd swoje rzeczy.
Wszelkich informacji udzielam pod numerem telefonu: 000-000-000; numerem komunikatora gg: 000000; adresem emaliowym: xxx@o2.pl.
Pozdrawiam,
M. eee?

Pasażowo,,, worclowowo
monotematyczność
monogamia
monopol
a świat
podobno
taki stereo

hepening
Wośpowo hepeningowo, tak bez pary, bez polotu, pod akwaparkiem, zamiast na rynku, jakoś koncepcja się wypaliła, albo zamiast idei wypaliła się osobowość, może kolejna osoba stała się ofiarą kampanii. Kwestujący jacyś bez pary, znudzeni, dzieci epoki kryzysu. Maluchy jakoś mniej roześmiane. Każdy już ma serduszko i na serduszka straciły popyt, może część tego cyrku przeniosła się na allegro.


jeszcze kilka lat temu ludzie chodzili zatroskani, przerażeni nowym obliczem świata, bardziej kapitalistycznym, niebezpiecznym, krwiożerczym, ale przede wszystkim nieznanym i niestabilnym o czym mogliśmy się przekonać trochę później


dzisiaj spotykamy tcyh samych ludzi bardziej zmęczonych

dzień kończy się historią starszego pana i cytatem “studenci chcecie trochę puszek”, później krótka historia jego rowerowej podróży po Wrocławiu zakończona pobytem na izbie wytrzeźwień, bo “to piwo było za słabe, więc kupiłem nalewkę”. Jego historia kończy się za kratami bez pracy i nadziei na lepsze życie, ale świat lubi się uśmiechać, a starszy pan zainkasował 1,90zł, drobniaki z mojego portfela i składając spóźnione życzenia szczęśliwego nowego roku, wołał “do zobaczenia, często bywam w barze mlecznym Miś”, krzyknąłem “do zobaczenia” i zniknąłem w tramwaju linii 17.

city feeling
tylko dla takich chwil warto podróżować komunikacją miejską, mamy coś w sobie, że lubimy zamykać się na świat, we własnym samochodzie, z własnym iPodem i własnym iPhonem, traktować przestrzeń miasta jak gówno przez które trzeba się przedostać z punktu A do punktu B, ale mimo to czasami lubię zdjąć te wszystkie bajery z uszu, podnieść wzrok i posłuchać co przestrzeń gada, a gada różnie i mądrze, z polotem, ale czasami potrafi zasypać mózg, tonami bezużytecznych gówno wartych informacji. Tak już świat jest ułożony, że trzeba zakładać filtry, bo w kupie pływają brylanty i warto trochę w kupie popływać

warto coś zwyczajnie poczuć, czasami jest to więź z kamykiem, czasami z budynkiem czy przechodniem, oboje zgadzamy się być częścią miasta, na ogół zdjęcia ludzi powstają bez zamysłu za szybkim pociągnięciem migawki dostajemy nie tylko obraz, ale i emocje tych którzy na tym zdjęciu świadomie, bądź nie się znaleźli.

to ludzie przestrzeń budują, miejsca, chwile, wydarzenia, są tylko następstwem “bycia”, w gruncie rzeczy sama przestrzeń jest jedynie wyrazem “bycia”, nigdy nie będzie, czymś twórczym, czasami jest narzędziem poznania, ale na tym się rola tego całego miasta kończy.
a specjalnie w takim wykonaniu…
powroty trudniejsze od wyjazdów…
Polska to dziwny kraj, zasady daleko odbiegają od szeroko pojętych norm cywilizacji… czasami powiem szczerze nie chce mi się tu mieszkać, ludzie którym życie ciągnie się pod górkę, żulerka, menelka, złodziejka. Czasami dziwię się, że tu wracam. Przykre i smutne. Dobrze, że jest kilka takich osób dla których warto tu wracać. Znów będzie częściej i więcej z Wrocławskich ulic o życiu i nieżyciu, o dupie maryni też trochę będzie, więc do zobaczenia i usłyszenia
15:25 & PKO
jak to w życiu bywa polazłem do banku, a że bank przyjazny klientowi to powitał mnie kolejką. 2min do zamknięcia i wyścig z czasem, czy pani za ladą powie, sorry men … warsztat zamknięty, ale najpierw trzeba oczekiwać w doborowym towarzystwie, które w fotografii lubię najbardziej, pani po 50-tce w żółtych spodenkach i żółtych butach, babcia, tatuś z bobasem i inne wszelkiego rodzaju normalności i nienormalności. Ok, dopchałem się do pani, po czym pani uroczyście oznajmiła: “mamy nowy system…” hmmm myślę w sumie miło, “ale… przelew kosztuje 10zł”, zajebisty system okazało się, że i tak zapomniałem numeru konta i dupa, bo kasa miała iść na przebukowanie lotu.

23:28
masa fotograficznego stafu na dysku, pamiątkowe fotki, fashion i street, wszystko wymemłane często we wspólnych katalogach, tworzy obraz nędzy i rozpaczy, poplątanie z pomieszaniem, szczególnie, że niektóre foty zalegają już pół roku ze sporą górką, jakoś nie mam weny do tego siąść, a nawet jak siadam, to efekty odbiegają od założeń i zaczynam od początku i do tego ten kretyński zwyczaj, że jeżeli postproces nie leży to włącza się kontrolka “pusz te baton dilejt”… all in all jest tak że drugi jest jeszcze bardziej szitowy i bierze mnie jasna cholera.
Temat w gruncie rzeczy bardzo ciekawy, kwestia dystansu do własnych prac, no nie czarujmy się nie mam go wcale i stąd problemy z oceną materiału.
ps. Niedługo nowy sprzęt, nowe foty, a zapowiada się, że czasu będzie całkiem sporo i sporo rzeczy uda się nakręcić.
a chwilowo wgryzam się w Margulisa, bo przyszły moje prezenciki i można co nieco poczytać o pro kolor menadżmencie i korekcji.
Kończąc wątek nocnych spacerów kiedyś natknąłem się na taki oto plakat…

ah przypominają się stare dobre czasy, starych dobrych bajek.